dziurawe gacie

Jestem z natury osobą ufną. Zawsze z góry zakładam, że ludzie są dobrzy i mają dobre intencje. Oczywiście spotykam się nieraz z rozczarowaniem w tej materii, jednak i tak lubię wierzyć w drugiego człowieka.

Wobec tego nigdy nie musiałam zastanawiać się do czego może doprowadzić brak zaufania wobec drugiej osoby. Ostatnio przekonałam się na własnej skórze, że jest to bardzo złe uczucie, które sprawia, iż krzywdzimy niewinne osoby.

Oddając dziecko komuś pod opiekę, ufamy, że on zajmie się nim najlepiej jak potrafi. W tym przypadku sama wiara jednak to za mało. Chcemy mieć pewność. Jednym ze źródeł uzyskania tej pewności jest samo dziecko.

Jeśli na przykład posyłamy je do przedszkola i obserwujemy jego zachowanie, wygląd, słuchamy tego co mówi to wówczas otrzymujemy jakiś obraz sytuacji. Możemy go doprecyzowywać w rozmowach z dzieckiem, z nauczycielkami, z innymi rodzicami. Gdy wszystko „gra” to super. A jeśli nie to pojawiają się schody. Ich pokonanie wygląda różnie i różne się kończy. Niestety w tym konkretnym przypadku skończyło się brakiem zaufania ze strony rodzica do nauczyciela, a w drugą stronę beznamiętnym „uśmieszkiem” w przypadku konieczności wymiany kilku słów.

Taka sytuacja:

Dziecko z orzeczeniem o niepełnosprawności oraz opinią o potrzebie kształcenia specjalnego, a więc z wieloma problemami, w tym z problemem niedotrzymywania moczu (brak genu elastyny wpływa na różne funkcje w organizmie) jest notorycznie przebierane w przedszkolu. Kiedy we wrześniu, po pojawieniu się nowego nauczyciela, kwestia ta urosła do rangi problemu, ów nauczyciel zaproponował przyniesienie większej ilości ubrań na zmianę… Mamy maj, dziecko nadal prawie codziennie przebierane jest w przedszkolu. Rodzic w sumie nie wie z jakiej przyczyny akurat w konkretny dzień jest ono przebrane. Bywa, że nie zdąży do ubikacji, obleje się zupą lub kompotem, zmoczy przy myciu rąk, etc. etc. Generalnie dla rodzica jest to sygnał, że coś się dzieje. Może dziecko cofnęło się w rozwoju albo jest nie przypilnowane albo zestresowane i nie potrafi panować nad swoimi odruchami. Możliwości jest wiele.

Kiedy pewnego dnia malec wraca do domu, znowu przebrany, tym razem od stóp do głów, rodzic następnego dnia rano pyta nauczyciela wprost: „co się stało, że dziecko było całkowicie przebrane?” W odpowiedzi wysłuchuje o tym, że dzień był bardzo aktywny, byli tam i siam i robili to i tamto. Po powtórzeniu pytania i zadaniu kilku kolejnych pomocniczych, dowiaduje się, że dziecko stało i sikało w majtki, skarpetki i buty. Rodzic apeluje, żeby zwrócić na dziecko uwagę, bo przez niedopilnowanie tej kwestii ono samo sobie będzie przyzwalało na popuszczanie w majtki. W odpowiedzi słyszy „dobrze” okraszone tym beznamiętnym uśmieszkiem.

Wcześniej, tegoż samego ranka, rodzic ubierając swoje dziecko założył mu rozprute po lewej stronie majtki. Machnął na to ręką. Po powrocie dziecka z przedszkola ku radości rodziców dziecko było w tych samych rzeczach, w których do niego poszło. Jednak po jakimś czasie okazało się, że wcale nie oznaczało to, iż go w przedszkolu nie przebierano. Bowiem podczas wizyty w toalecie rodzic zauważył, że teraz dziura w majtkach znajdowała się na prawym boku, a co za tym idzie majtki były założone na lewą stronę.

W rodzicu zawrzało. Dziecko, owszem, rozbierze się samo, ale z powrotem już się nie ubierze. Kto i w jakim celu zdejmował mu majtki? Gotową odpowiedź podsunął natychmiast brak zaufania do nauczyciela i brzmiała ona tak: nie dopilnowano maluszka, znowu popuścił, przebrano go na chwilę, wysuszono rzeczy a następnie ponownie mu je ubrano, żeby rodzic się nie szumpierzył. Rodzic jest zwyczajnie oszukiwany.

Kolejny ranek w przedszkolu. Matka nabuzowana. Nauczycielki, która minęła się z powołaniem nie ma. Matka jednak i tak zadaje pytania. Kto i po co znowu przebierał dziecko i dlaczego nic o tym nie mówił? O co tu chodzi?

Finał był taki, że Pani woźna płakała. Kobieta, która dba o przedszkolaki jak o swoje wnuczęta. Pilnuje, żeby były suche i czyste. To ona właśnie przebiera je kiedy zajdzie taka potrzeba. Ale to nie ona przecież odpowiada za to, że dziecko trzeba było przebierać. Tak jak to nie ona ustala zasady, że np. w czasie czytania książeczki nie chodzimy do toalety. A jednak to ona poczuła się dotknięta pretensjami rodzica. Cała frustracja rodzica i wszystkie jego obiekcje wywołane przez brak zaufania do nauczyciela uderzyły w niewinną osobę.

Powód przebrania był błahy. Dziecko oblało się wodą podczas mycia rąk. W rzeczach na zmianę było mu za ciepło, więc po przesuszeniu mokrego ubrania założono mu je z powrotem. Jeśli chodzi o spodenki to faktycznie rozumiem, jednak majtki są jednakowe bez względu na porę roku…

I powie ktoś: przewrażliwiona matka zrobiła aferę z „dziurawymi gaciami” w tle. Być może. Ale jeśli nie ma zaufania do drugiej osoby, różne myśli przychodzą do głowy. Dziecko wróciło do domu z przedszkola z odwrotnie założonymi majtkami. Przy odbiorze nic nie powiedziano rodzicowi. Co można było sobie pomyśleć? Scenariuszy jawi się wiele. Jeden gorszy od drugiego.

Niejeden narwany rodzic zawiadomiłby prokuraturę.

Comments

comments