zwykły dzień

Poniedziałek. Nie nastawiłam wczoraj budzika, więc wstałam za późno. Dzieci, które cały poprzedni tydzień budziły się po szóstej (w końcu byliśmy na chorobowym) dziś spały w najlepsze.

W końcu udało nam się wstać. Amelka otworzyła oczy pełne rozpaczy a usta wygięte miała w podkowę, bo powrót do przedszkola po tygodniu nieobecności to prawdziwa tragedia. Udało nam się na szczęście jakoś rozprawić z tym złym nastawieniem.

Ubraliśmy się, umyłam włosy i nawet zrobiłam makijaż przegryzając zrobioną przez męża kanapkę z pasztetową. Byliśmy już w zasadzie gotowi do wyjścia, kiedy Mieszkowi przypomniało się, że musi zabrać pamperka lego do szkoły.

Ostatecznie dotarliśmy do samochodu. Zamiast o ważnych kwestiach logistycznych w rozmowie z mężem, skupiliśmy się na temacie, który królował we wszystkich stacjach radiowych: Polska – Niemcy 2:0. A że Witek wysiada z wesołego samochodu jako pierwszy, to był to jedyny temat, który udało nam się poruszyć.

Dojechaliśmy do przedszkola. Akurat nawinął się woźny, z którym musiałam się rozliczyć w związku z projektem, który realizowaliśmy na rzecz przedszkola. Poszło szybko. W szatni jednak czekała na nas niemiła niespodzianka – Amelki papcie zniknęły. Na szczęście w wyniku wielkich poszukiwań udało się je odnaleźć. Nie były to jednak jedyne poszukiwania tego poranka. Okazało się bowiem, że po drodze Mieszko zgubił gdzieś w aucie głowę swojego ludzika z lego. Nurek wykonany przeze mnie pomiędzy tylnymi siedzeniami zaowocował na szczęście nie tylko bólem mojego nadwyrężonego kręgosłupa, ale także odnalezieniem zaginionej głowy lego człowieczka.

Mieszko pomaszerował zatem do szkoły, a ja pojechałam do pracy. Kilka telefonów w drodze. Do mamy, do Pani z przedszkola – zapomniałam poprosić, aby na wycieczkę do sadu zabrały Amelce na wszelki wypadek ubrania na zmianę. W pracy nie leżałam oczywiście. Zwłaszcza po tygodniowej nieobecności nie bardzo było to możliwe. Później tylko szybkie zakupy dla teściowej i powrót do Leszna. W ekspresowym tempie odebrałam Amelkę od mojej mamy, która wręczyła mi do przeanalizowania jakąś korespondencję, z której wynika, że wygrała telewizor. Przejrzę to wieczorem. Zawiozłam Amelkę na zajęcia z kreatywnej edukacji a sama pojechałam na działkę. Trzeba tam jeszcze zrobić kilka rzeczy przed zimą.

Przebrałam się w strój działkowy kiedy zadzwoniła koleżanka z pracy. Miała problem, potrzebowała wsparcia. Wspólnie szukałyśmy rozwiązania. Niestety czasu pozostało mi niewiele na prace w ogrodzie. Zgrabiłam liście, pozbierałam maliny i trzeba było zbierać się po Amelkę.

Odebrałam ją. Podjechałyśmy po Mieszka, który czekał już na parkingu przed blokiem moich rodziców. Wróciliśmy do domu. Odgrzałam przygotowany wczoraj obiad. Zjedliśmy go z Witkiem na kolację. Poprawiłam makijaż. Zrobiłam Amelce herbatkę, Mieszkowi zmiksowałam koktajl z działkowych malin i wyruszyłam na spotkanie z dziewczynami.

Spóźniłam się oczywiście. Zamówiłam zestaw obowiązkowy: najlepszy w świecie sernik i kufel piwa. Nie piję piwa. Nie lubię. Wolę „syrop” z colą – whisky jest dobra na wszystko. Jednak z tymi kobietami piwo ma niepowtarzalny smak. Zwłaszcza z tym niebiańskim sernikiem. Odlot.

Na ziemię ściągnął mnie jednak telefon. Amelka bez mamy zasnąć nie może. Dopijam szybko. Dziewczynom za wszystko dziękuję. Okazuje się, że w botkach też można biegać. Do domu przybywam z prędkością światła. Szybie przytulaski. Tran i inne specyfiki podane. Bajka o żyrafie, piosenka o misiach i Amelka śpi. Mieszko dziś bez czytania. Wtulił się mocno i zasnął szybciutko.

Kąpiel. Pozbieranie rzeczy maluchów do prania. Chwila dla siebie. Czas na bycie razem z mężem.

Ot taki zwykły dzień.

Czy jestem zmęczona? Tak, bywam. Ale jestem szczęśliwa.

Bo najlepsze w tym wszystkim jest to, że mogłam to wszystko zrobić. Nic nie musiałam. Mogłam. Miałam taką możliwość. I chcę ją mieć i doceniać jeszcze przez długi czas. Wtedy życie ma lepszy smak.

Comments

comments