uśmiech malucha

Właśnie wróciliśmy z Warszawy. A konkretnie z „Uśmiechu Malucha” działającego przy Fundacji Warszawskie Hospicjum dla Dzieci. Niesamowitego miejsca, które przywraca zdrowy uśmiech każdemu dziecku z wyzwaniem, bo właśnie z myślą o takich dzieciach powstało. Ząbki małych pacjentów leczone są tutaj w znieczuleniu ogólnym. Najczęściej z usług „Uśmiechu Malucha” korzystają dzieci niepełnosprawne i takie leczone są tutaj zupełnie bezpłatnie, ale zdarzają się również dzieci zdrowe, których rodzice decydują się, pomimo sporych kosztów, na takie właśnie leczenie stomatologiczne.

W naszym przypadku ogromną, i jak się okazało w ogóle nie do pokonania, barierą w tradycyjnym leczeniu stomatologicznym, są dźwięki towarzyszące borowaniu. Pomimo 2-letniej „terapii dentystycznej”, której z ogromnym zaangażowaniem, ciepłem i wyrozumiałością bezinteresownie podjęła się Pani dr Beata Paszek, nie udało się pokonać Amelkowych ograniczeń związanych z nadwrażliwością na dźwięki. Wiele udało się osiągnąć, ale o leczeniu z użyciem wierteł i innych sprzętów nie ma mowy.

Po konsultacjach u anestezjologa i kardiologa otrzymaliśmy zielone światło na znieczulenie ogólne. Mimo tego obawa przed zabiegiem była ogromna. Ciągle w uszach bowiem brzmiały mi słowa zasłyszane podczas jednego ze zjazdów Stowarzyszenie Zespołu Williamsa, że najczęstszą przyczyną zgonów u osób z naszym zespołem było podanie znieczulenia ogólnego. Jednak konsekwencje braku leczenia stomatologicznego mogą mieć w rezultacie równie tragiczny skutek.

Podjęliśmy wyzwanie i pojechaliśmy na zabieg. Były to trudne chwile. Stres był momentami paraliżujący. Widok własnego dziecka leżącego pod tą całą pikającą aparaturą, z maską tlenową na oplastrowanej szczelnie, sino-szarej twarzy, z rurką w gardle… trudne do ogarnięcia emocje…

Wszystko dobrze się skończyło. Zęby wyleczone. Amelka w zasadzie w ogóle nie pamięta co się działo tego dnia. My z kolei nigdy go nie zapomnimy.

Ludzie, których spotkaliśmy w „Uśmiechu Malucha” byli niesamowici. Biło od nich takie ciepło i spokój. Byli jakby trochę z innej bajki. Uśmiechnięci, pogodni, otwarci, troskliwi. Być może codzienność w hospicjum ich odmieniła? A może to oni na co dzień odmieniają hospicyjne dzieci i ich bliskich? Nie wiem sama…

Zdaje się, że po raz kolejny doświadczyłam na własnej skórze, że anioły istnieją naprawdę. Te akurat chowają swoje skrzydła pod lekarskim i pielęgniarskim fartuchem.

Comments

comments