jazda na rowerze

Kto lubi jazdę na rowerze? Bliższe lub dalsze rodzinne wycieczki jednośladem? Zdrowe, sportowe popołudnia bądź wczesne poranki na dwóch kółkach? Albo sprawne i szybkie przemieszczanie się z punktu A do punktu B w miejskiej dżungli lub po sielskiej wsi?

A kto ma z tym problem od kiedy na świecie pojawiło się jego dziecko? Dziecko, które wyrosło już z fotelika montowanego nad bagażnikiem, ale samo nie jest w stanie opanować jazdy na rowerze z uwagi na przykład na swoją niepełnosprawność?

Ja tak miałam. Udało nam się jednak znaleźć rozwiązanie powyższego problemu.

W ubiegłym roku, na wiosnę, zakupiliśmy doczepkę do mojego roweru. Po jej zamontowaniu otrzymaliśmy bardzo stylowy tandem. Świetne rozwiązanie. Gorąco mogę je dziś, po roku używania, polecić.

Osobiście dla mnie przesiadka z córką na tandem stała się też kolejną lekcją bycia mamą. Wygląd roweru był na piątkę. Naszły mnie jednak poważne obawy o bezpieczeństwo mojego dziecka.

Moja córka wcześniej podróżowała na rowerze w foteliku, w którym tułów przypięty był pasami, nogi również miała unieruchomione w rynnach. Czyli generalnie ruszać mogła ręką albo głową, a ta była oczywiście zabezpieczona kaskiem. Teraz, poza kaskiem, nie było już niczego. Zwyczajny rower. Trzeba siedzieć na wąskim siodełku, pedałować i, o zgrozo, trzymać ręce na kierownicy. A tu pies zaszczeka, motor przejedzie – wtedy wiadomo ważniejsze są uszy i to, żeby je zakryć rękoma. Wobec powyższego moja radość z odnalezionego rozwiązania została nieco przytłumiona. Jednak jak się później okazało – zupełnie niesłusznie. Można powiedzieć, że Amelka od razu wsiadła na rower i pojechała. Jakby nic innego wcześniej nie robiła. I cały rok jeździ już bez żadnej wpadki. Na hałaśliwe utrudniacze znalazła właściwy sposób – zaczyna szybciej pedałować 😉

Moje obawy były zupełnie wydumane. Bo to były tylko moje obawy – mój problem, który sama sobie stworzyłam, a nie problem mojego dziecka. Ona nie widziała żadnego problemu. To ja musiałam się uporać z tym, aby jej zaufać, aby uwierzyć, ze da sobie radę. I dała. Dzięki podpowiedzi innej mamy, zamontowałam sobie później lusterko na kierownicy, w którym teraz bacznie obserwuję co robi z tyłu moje dziecię. Znaczy się stosuję taką zasadę ograniczonego zaufania – robię to dla siebie i jest mi dużo lepiej.

My, matki, niestety tak mamy, że czasem nasze dzieci, w przeciwieństwie do nas, są już na coś gotowe. Trudno nam w pewnych kwestiach przyjąć szerszą perspektywę widzenia i dopuścić do siebie myśl, że dadzą radę. Pozwolić im spróbować. Rzucić czasem na głęboką wodę. Ale trzeba, bo dzięki temu mamy szansę widzieć jak pięknie się rozwijają. Jak cieszą się ze swoich małych i większych sukcesów. Jak budują swoją wartość. Jak się usamodzielniają. A jeśli nawet się okaże, że na coś jednak jest jeszcze za wcześnie to przecież zawsze jesteśmy obok.

Powodzenia!

Comments

comments