nie bądź taki wyrywny, drogi rodzicu

Z natury jestem złą matką. Tak, muszę się w końcu do tego przyznać.

Jestem bowiem taką mamą, co to siedzi na czubku taboretu i tylko czeka na okazję, żeby się z niego poderwać i dziecko przytrzymać, coś mu podać, coś zawiązać, wytrzeć, nałożyć. Biegle czytam w myślach i bezbłędnie rozszyfrowuję znaczenie każdej miny, grymasu, stęknięcia czy jęknięcia, automatycznie na nie reagując. Jestem mamą, której najwyższym celem jest uszczęśliwianie swoich pociech. Dobrą radą sypię z rękawa na zawołanie, a i bez niego też mi się zdarza radzić, doradzać, zaradzać. Chronię moje dzieci własną piersią przed każdym zagrożeniem, nawet tym wyimaginowanym. Niestety, to wszystko prawda. Jestem złą matką. Taką mam naturę.

Na szczęście mam również trochę zdrowego rozsądku, który skutecznie się przeciw tej patologicznej matce buntuje. I serce mam jeszcze, które mądrze potrafi rozważać i podpowiedzieć jak lepiej działać.

Przeczytałam kiedyś, że „miarą dobrych rodziców jest to, czego nie chcą zrobić dla swojego dziecka”. Najpierw się oburzyłam. Wiadomo przecież, że kochający rodzić jest w stanie wszystko zrobić dla swojego dziecka. Po chwili jednak dotarło do mnie, o co tak naprawdę chodzi w tym stwierdzeniu. O nie wyręczanie. W mówieniu, w myśleniu, w podejmowaniu decyzji, w zbieraniu doświadczeń, w życiu po prostu.

Kiedy świadomie zaczęłam analizować swoje rozmowy z dziećmi, przeraziłam się. Okazało się, że bezwiednie podrzucam im wciąż gotowe rozwiązania na wszystko. „jestem głodny – zjedz coś”, „jestem zmęczony – odpocznij”, „nudzę się – poczytaj książkę”, etc. Stop. Nie tędy droga. Jeśli chcę, żeby dziecko było samodzielne, powinnam wykorzystywać każdą okazję do tego, aby takie właśnie było.

Słysząc więc podobne stwierdzenia zaczęłam ograniczać się do odpowiedzi typu „aha” lub „mhm”, jednocześnie okazując zainteresowanie moim małym rozmówcą, czyli odwracając się do niego lub łapiąc z nim kontakt wzrokowy. Czasem powtarzałam jego słowa, aby sam je usłyszał. A potem czekałam. Dawałam dziecku czas. To jest najtrudniejsze, ale kluczowe. W przypadku Amelki, która z reguły potrzebuje dużo więcej czasu na wszystko i łatwo się rozprasza, ten etap czasem trwa naprawdę długo. Wówczas zdarza się, że rzucę jakieś pytanie pomocnicze, typu: „no, co można by z tym zrobić? Jak myślisz?” W efekcie panaceum na bolączkę zostaje znalezione samodzielnie. I jakże czasem jest dla mnie pozytywnie zaskakujące:

Amelka: mamo, zjadłabym coś słodkiego.
Ja: masz ochotę na słodkie?
A: tak.
J: mhm.
Cisza. Daję jej czas.
A: mamo, dasz mi jabłko?
M: tak, proszę.

A ja na bank zaproponowałabym jej ciastka lub czekoladę.

Podobne podejście do wypowiedzi moich dzieci sprawdza się również doskonale w bardziej skomplikowanych sytuacjach. Kiedy na przykład pada stwierdzenie, że „dziś nie chcę iść do szkoły” lub „nie będę robić zadania domowego”. Kiedyś były to powody do bezsensownych przepychanek, które kończyły się w oczywisty sposób: płacz i poirytowanie. Dziś są to punkty wyjścia do rozmowy.

Amelia: nie chcę robić dzisiaj zadania domowego!
Ja: nie chcesz odrabiać lekcji?
A: nie! Ja nie chcę!
J: widzę, że naprawdę nie chcesz .
A: no właśnie. Nie chcę. Ja wolę się bawić.
J: mhm.
A: chciałabym układać klocki!
J: dobry pomysł, i co jeszcze?
A: i bawić się kucykami!
J: świetnie! W takim razie sama zdecyduj w co najpierw będziesz się bawić po odrobieniu zadania domowego.
A: kucykami. Chcę się bawić kucykami!
J: Ok. Szkoda zatem czasu, bierzmy się za zadanie domowe. Kucyki już czekają!

Lub:

Amelia: nie chcę robić dzisiaj zadania domowego!
Ja: nie chcesz odrabiać lekcji?
A: nie! Nie!
J: oj, rzeczywiście nie chcesz!
A: nie (cisza) ja nie umiem tego mnożenia!
J: nie umiesz mnożyć?
A: no! To jest trudne!
J: to prawda, mnożenie jest bardzo trudne. Mimo tego można się go nauczyć. Ja się nauczyłam. Mogę Cię nauczyć. Chcesz?
A: nie. Tata mnie nauczy.
J; Ok, chodź, poprosimy tatę o pomoc.

Podobno umysły są jak spadochrony – działają tylko wtedy kiedy są otwarte. Aby bezpiecznie wylądować (dogadać się, rozwiązać problem) rozsądniej jest odłożyć na bok swoje gotowe rozwiązania i otworzyć się na inne możliwości. Przecież nie wszystko wiemy w danej chwili czy sytuacji. Rozmawiajmy. Dowiedzmy się jak najwięcej. Okażmy zrozumienie. Dajmy wsparcie. Pozwólmy znaleźć rozwiązanie.

Jest w nas, rodzicach taki naturalny pęd do rozwiązywania problemów naszego dziecka za nie. Do kierowania nim i kontrolowania. Tymczasem wzięcie w tym temacie „na wstrzymanie” pozwala dziecku na bycie samodzielnym. Uczy się ono reagować na własne potrzeby samo. Zyskuje wewnętrzne przeświadczenie, że umie sobie poradzić w różnych sytuacjach. Staje się pewniejsze siebie.

Wszystko czego mu do tego trzeba to bardziej świadomi i mniej wyrywni rodzice. Zamiast dobrej rady okażmy mu zainteresowanie i zrozumienie. Dajmy mu okazję i czas do namysłu. Udzielmy wsparcia i uszanujmy decyzję.

To nie jest trudne. Wymaga jedynie dobrych chęci, a te z pewnością już masz!

fot. Andrzej Przewoźny

Comments

comments