z czasem wcale nie jest łatwiej, to coś innego

Nigdy się nie skarżę i tym razem również nie mam tego na celu. Kocham życie i z ogromną pokorą, ciekawością i radością przyjmuję wyzwania jakie przede mną stawia każdego dnia. Piszę poniższe słowa, aby podzielić się historią, która świadczy o tym, że nie trzeba martwić się na zapas przeróżnymi okolicznościami, bo mogą one zwyczajnie nigdy się nie wydarzyć. Po drugie po to, by pokazać wycinek rzeczywistości, z jakim nieraz przychodzi się zmierzyć chorym dzieciom i ich rodzicom. I wreszcie dlatego, żeby uświadomić tym rodzicom pewną prawdę, zależność. Jaką? O tym na koniec.

Amelka miała zaplanowaną wizytę u lekarza specjalisty w Legionowie. Początkowo chcieliśmy pojechać na nią całą rodziną i przy okazji, naszym zwyczajem, wspólnie „zaliczyć” jakąś atrakcję. Zawsze bowiem szukamy czegoś, co jest dla Amelki atrakcyjne i co możemy wspólnie zrobić tak, aby wizyta u lekarza była dla niej jedynie czymś co trzeba szybko odhaczyć. Tym razem mieliśmy jednak kłopot ze znalezieniem owego czegoś. W dodatku naszym chłopakom wyjazd nie bardzo pasował. Mieszko miał trening piłki nożnej, którego nie chciał opuścić, a Witek z kolei blado wyglądał z ilością dni urlopowych jakie mu zostały do końca roku. I tak na dwa dni przed wyjazdem wpadłam na pomysł, aby do Legionowa pojechać tylko z Amelką pociągiem. Babski wypad koleją okazał się strzałem w dziesiątkę – Amelcia była zachwycona taką atrakcją. Ja niestety nieco mniej.

Dlaczego? Hmm… Pierwszy z sześciu pociągów, którymi miałyśmy jechać tego dnia (trzy w jedną stronę, trzy w drugą), odjeżdżał o 04:05. Ilość czasu jaką miałyśmy na przesiadki nie była oszałamiająca. Ograniczona do jednego małego plecaka nie mogłam też zaszaleć z pakowaniem. Dodatkowo różnica temperatur wynosząca około 15 stopni pomiędzy tą o godzinie wyjazdu, a tą w ciągu dnia, w połowie zapewniała mi już późniejsze wypełnienie owego plecaczka. Pomimo tego, pełne optymizmu i nadziei, w środku nocy, wyruszyłyśmy po przygodę.

W pierwszym pociągu wyglądałyśmy chyba tak, jak byśmy uciekały z domu. Kto po nocy jeździ z dzieckiem pociągiem? Poza nami i panią konduktor żywej duszy w nim nie było. W drugim pociągu, do którego udało nam się przesiąść (tu mogłam się martwić o to, że powtórzymy historię ze stycznia, kiedy to wracając z Białegostoku nie mogłyśmy na tym placu budowy, jakim jest dworzec główny w Poznaniu, odnaleźć tymczasowego przejścia z peronu na peron i w rezultacie nie zdążyłyśmy się przesiąść) w zasadzie od razu udałyśmy się do wagonu restauracyjnego. Tam Pani kelnerka kilkakrotnie ćwiczyła mnie z asertywności proponując do zakupionej kawy i herbaty co rusz jajecznicę, frankfurterkę czy szarlotkę. Ja natomiast pomiędzy jej propozycjami serwowałam córce kanapkę spod stołu. Nic bowiem co było w menu Warsa, poza herbatą, nie pokrywało się z menu mojego dziecka.

Dalej czekała nas przesiadka na stacji Warszawa Wschodnia do pociągu Szybkiej Kolei Miejskiej. Na kupno biletu MZK, bo takie obowiązują w owych pociągach, oraz znalezienie peronu miałyśmy w sumie 16 minut. Poszło gładko. Znamy już ten dworzec, bo wysiadamy tu kiedy jedziemy do Uśmiechu Malucha. Jazda SKM była całkiem przyjemna. Pociąg był niezwykle cichy, a to dla nas ma duże znaczenie.

W sumie po 6 godzinach jazdy wysiadłyśmy w Legionowie. Korzystając z nawigacji w telefonie przespacerowałyśmy się do przychodni. Na miejsce dotarłyśmy przed czasem. Ledwie usiadłyśmy w poczekalni a Pani doktor, która poznała Amelkę ze zdjęcia, jakie wcześniej od nas otrzymała, zaprosiła nas do gabinetu. Nie licząc niezbędnych przerw technicznych nasza wizyta trwała bite dwie godziny. Amelce przeprowadzono szereg przeróżnych badań. Pani doktor skrupulatnie i życzliwie objaśniała ich wyniki, wykonywała kolejne badania oraz przedstawiała możliwości dalszego leczenia. Doświadczyłyśmy tego, co zdawało się nie istnieje w rzeczywistości. Empatycznej, skupionej na pacjencie, jego potrzebach i możliwościach, szanującej jego czas i ograniczenia opieki lekarskiej. Dosłownie „Leśna Góra”. (Tu mogłam spodziewać się wszystkiego, ale z pewnością nie tego co mnie spotkało. Kto jeździ z dzieckiem „po lekarzach” i przychodniach ten wie jakie „armagedony” nieraz się dzieją w poczekalniach a i w gabinetach też się zdarzają”.)

Niestety na pierwszy z powrotnych pociągów nie miałyśmy szans zdążyć. A tylko jego złapanie dawało nam tyle czasu, aby na dworcu w Warszawie pójść do MC Donalds. Amelia bardzo na to czekała i ostatnie pół godziny u Pani doktor nie mówiła już o niczym innym. Przypadkiem (?) Pani doktor powiedziała, że dzielą nas od niego tylko dwa kroki. I faktycznie tak było. Z przychodni zatem udałyśmy się do pobliskiego MC Donalds, a potem, zajadając po drodze frytki, dziarskim krokiem wracałyśmy na stację kolejową. Tam okazało się, że nie ma kasy biletowej ani rozkładu jazdy. Starsza pani siedząca w poczekalni uświadomiła nas, że bilety można kupić w zielonym automacie. Nie był to bowiem pociąg SKM, ale pociąg Kolei Mazowieckich i bilet trzeba było mieć normalny, tzn. kolejowy a nie MZK. Po obejściu kilku peronów, na których próżno było nam szukać jakiejkolwiek informacji o odjeżdżających z nich pociągach, zauważyłam, że na jednym z nich, na ławce siedzi pan, ubrany trochę jak konduktor. Zapytałam go, czy nie wie, z którego peronu odchodzi pociąg do Warszawy. Wiedział. Faktycznie na koszuli miał znaczek PKP. Pewnie jechał do pracy.

W pociągu dokończyłyśmy, zimne już niestety, jedzenie. Czas, jakim dysponowałyśmy, aby się przesiąść w Warszawie wynosił 6 minut. Kto podróżuje PKP ten wie, że nie brzmi to zbyt optymistycznie. Na miejscu okazało się niespodziewanie (?), że pociąg do Poznania ma 15 minutowe opóźnienie. Dzięki temu spokojnie na niego zdążyłyśmy.

Ostatecznie pociąg spóźnił się jednak pół godziny. Kiedy przyjechał był obładowany po brzegi. Nasze miejscówki wypadały w pierwszym wagonie, tuż przy lokomotywie. Było w nim duszno, gorąco i bardzo głośno. Pootwierane okna, bez których zapewne udusilibyśmy się w sosie własnym, nie zwiększały komfortu jazdy. Amelia była wyczerpana. I znowu przypadkiem (?) okazało się, że w tym przeładowanym pociągu jedno miejsce w naszym przedziale było wolne. Nie minęła chwila, a Amelka zasnęła leżąc wygodnie wzdłuż siedzeń. I przespała tak w zasadzie całe cztery godziny. Opóźnienie pociągu w międzyczasie niestety uległo zwiększeniu. Nie dawało to nam szans na załapanie w Poznaniu (tym remontowanym Poznaniu) naszego pociągu do Leszna. Kiedy konduktor sprawdzał bilety powiedział, że będą dzwonić, aby opóźnić jego odjazd i mówił to z wielką determinacją. Okazało się, że on też miał zamiar wracać nim z pracy do domu.

Na ostatnie pół godziny podróży Amelia się obudziła. Udało nam się jeszcze kupić herbatę bo akurat tak się złożyło (?), że Pan z wózkiem dojechał do naszego wagonu. Spotkałyśmy też nasze znajome, które również wracały z Warszawy i wspólnie udało nam się ustalić, że pociąg jadący do Leszna został wstrzymany do naszego przyjazdu. Z głośników zdołałyśmy wyłapać, że będzie na nas czekać na peronie 6 i że uprasza się nas o szybkie przesiadanie. W kupie siła. Postanowiłyśmy, że choćby nie wiem co, zdołamy się do niego przesiąść. W tym celu ostatnie 5 minut spędziłyśmy już przy drzwiach wagonu, zwarte i gotowe na ów manewr. Było tłoczno i lekko nerwowo. Chwila mojej nieuwagi sprawiła, że kiedy ktoś otworzył drzwi pomiędzy wagonami, moja ręka dostała się pomiędzy poręcz oraz te rozsuwane drzwi. Znajoma pośpieszyła mi z pomocą i uwolniła moją rękę. Łokieć i przedramię były ściśnięte i mocno bolały, ale w ferworze walki starałam się nie zwracać na nie uwagi. Szczęśliwie tak się złożyło (?), że nasz pociąg wjechał z jednej strony peronu 6, a po jego drugiej stornie czekał na nas wstrzymany pociąg do Leszna. Przesiadka była zatem skazana na sukces.

Ten ostatni odcinek pokonałyśmy już bardzo szybko. W miłym towarzystwie czas szybko upłynął i po godzinie byłyśmy na miejscu. Na dworcu czekali na nas nasi chłopacy. Ucieszyłyśmy się niezmiernie. Zupełnie niepotrzebnie się trudzili, bo przecież przyjechałyśmy rano na stację samochodem, który cierpliwie tam na nas czekał. A oni jednak postanowili zrobić nam przyjemność i przywitać nas na dworcu. Ostatecznie po 17 godzinach wróciłyśmy do domu.

Jedna z wielu wizyt lekarskich, na jakie przychodzi rodzicom dzieci z przeróżnymi problemami zdrowotnymi się udawać. Tym razem spędziłyśmy w drodze 15 godzin i wizyta na szczęście była tego warta. Nie rzadko jednak zdarza się, że wieziemy dziecko przez pół Polski tylko po to, aby w ciągu 5-minutowej wizyty niczego nowego się nie dowiedzieć. Pomimo tego nie przestajemy tego robić. Żadne trudy nie powstrzymają rodziców, jeśli tylko istnieje cień szansy, aby dzięki temu posunąć się choć o mały krok do przodu w diagnozie czy leczeniu.

Mogłam zamartwiać się milionem rzeczy przed podróżą i w jej trakcie. Mogłam snuć przeróżne scenariusze i przygotowywać się na każdą możliwą ewentualność. Mogłam też założyć, że wszechświat będzie nam sprzyjał. Mogłam wierzyć w to, że  napotkani ludzie będą życzliwi. Mogłam nastawić się na to, że przed nami kolejne wyzwanie, z którym razem z pewnością sobie poradzimy. Mogłam wszystko, bo to tylko ode mnie zależy, czym wypełnię własne myśli. Wybrałam więc drugą opcję.

Nie oznacza to wcale, że nie wydarzały się rzeczy trudne, przykre czy niemiłe. Nie nadawałam im jednak większego znaczenia. Wiedziałam, że zaraz się z nimi uporam. Skąd miałam ta pewność? Otóż zrozumiałam całkiem niedawno, że to wcale nie upływający czas sprawia, że jest mi w życiu łatwiej być mamą niepełnosprawnego dziecka. To dlatego, że z każdym kolejnym wyzwaniem staję się po prostu silniejsza.

I Tobie też tego życzę 🙂

Comments

comments