przyczajony tygrys, ukryty smok

Wróciłam wczoraj z zebrania z rodzicami w stanie sporego przygnębienia. Cały mój wrodzony optymizm zniknął, a jego miejsce zajęły mieszane uczucia troski, żalu i bezsilności.

Już od jakiegoś czasu coraz silniejsze staje się we mnie poczucie, że szkoła, ze swoim systemem wychowawczym i edukacyjnym, mija się z moimi potrzebami. Jestem rodzicem i wychowuję swoje dzieci w poszanowaniu ważnych dla mnie wartości, w duchu otwartości, korzystając z ich ciekawości i naturalnej chęci rozwoju. Biorę pod uwagę ich uczucia i potrzeby i staram się pokazywać im na co dzień, że dzięki szczerej rozmowie można wypracowywać rozwiązania, które będą satysfakcjonujące dla wszystkich. To właśnie teraz, kiedy jestem rodzicem, zauważam tak wiele wypaczeń tego systemu. Czuję do niego większą niechęć teraz niż wówczas kiedy byłam dzieckiem. Bycie pedagogiem jedynie zwiększa ową frustrację.

Bezpośrednią przyczyną mojego wczorajszego rozgoryczenia było zapoznanie się z zapisami „Przedmiotowych zasad oceniania” oraz „Regulaminem oceniania zachowania”. Nie dziwi mnie istnienie tych dokumentów w szkole powszechnej, choć jako dziecko nie miałam świadomości, że coś takiego w ogóle istnieje. Obecnie, są to pierwsze informacje, z którymi zapoznają się uczniowie podczas lekcji organizacyjnych. Może kiedyś tego nie było? Może ufało się intuicji i doświadczeniu nauczyciela? Teraz jednak żyjemy w świecie, w którym na wszystko jest spisana procedura, czytaj: bezwzględnie nakazany, bezduszny tok postępowania. Szkoła nie jest wyjątkiem. To co najbardziej mnie w tym wszystkim porusza to język, w jakim są napisane te dokumenty oraz możliwości jakie dają nauczycielom bez wyobraźni. A że tacy się zdarzają to nic dziwnego – w każdej profesji można spotkać kogoś, kto minął się z powołaniem.

Reforma edukacji, która spowodowała wchłonięcie gimnazjów przez szkoły podstawowe, stała się przyczyną zmiany niektórych zapisów w regulaminach i zasadach oceniania. Taka sytuacja miała miejsce również w podstawówce, do której chodzi mój syn. Słuchając treści tych dokumentów miałam wrażenie, że mają one na celu jedynie dokręcenie i tak mocno zaciśniętej już śrubki. Że z ich pomocą szkoła zamiast kształtować samodzielną, mądrą, myślącą i odpowiedzialną młodzież, będzie produkować zestresowanych, ślepo posłusznych młodych ludzi. Bo kim może stać się osoba jeśli oczekuje się od niej, że „zawsze, bezwzględnie wykonuje polecenia nauczyciela”?

Szkoła wiąże się niestety z bezustanną ewaluacją naszych dzieci. Wszystkiego tego co zrobią  zaśpiewają, wyrecytują, napiszą, przeskoczą, zaprezentują, powiedzą, etc. Regulamin oceniania natomiast głównie skupia się na tym, co zasługuje na ocenę niedostateczną. I tak na przykład ocenę niedostateczną przewiduje się dla kogoś, kto nie wykona zadania domowego w całości, ale jednocześnie również dla tego, który wykona całe zadanie, ale niesamodzielnie? Nie dość, że mi szkoła codziennie organizuje całe popołudnia zadaniami domowymi to jeszcze wymaga od mojego dziecka aby, broń Boże, w ich natłoku, o niczym nie zapomniał albo nie poprosił mnie o pomoc, bo w przeciwnym wypadku cała jego praca domowa pójdzie na marne. Każdą ocenę niedostateczną można poprawić, a ocena po poprawie zostaje wpisana do dziennika bez względu na to czy w wyniku poprawy została podwyższona. Więc zamiast jednej oceny niedostatecznej możesz mieć dwie, jeśli Ci się nie powiedzie. Jedynkę dostanie także osoba, która np. z matematyki nie ma poprawnie zapisanej notatki z całej lekcji. A wydawało mi się, że matematyka uczy jak rozwiązywać zadania algebraiczne i jak myśleć logicznie. No cóż, może tak było kiedyś. Teraz uczy przepisywania. Nawet oceny inaczej w naszej szkole będą zaokrąglane. Średnia 1,60 to nadal niedostateczny. Dopuszczający mamy dopiero od 1,61. Taka zasada zaokrąglania dotyczy każdej oceny – zaokrąglamy ją w górę dopiero od +,61. Dlaczego? Nie wiem. Może wyższe standardy, lepsza jakość, kolejna „dobra zmiana”?

Gdzie jest w tym wszystkim miejsce dla dziecka, człowieka z krwi i kości, uczącego się na błędach? Każdy błąd, porażka to kara i „pała”. A przecież błędy popełnia się po to, aby się z nich czegoś nauczyć. To one stymulują do rozwoju i wzrostu. Ale widać nie w szkole. Tu działa się wbrew naturalnym prawom, pod prąd.

Wszystko to sprawia, że jako rodzic czuję przed sobą ogromne wyzwanie, aby nie dać się zwariować. Stawiać na uczucia i potrzeby swojego dziecka. Być z nim w kontakcie, pielęgnować relacje. Reagować. Stwarzać szanse do rozwoju. Dbać o to, co w nim żywe. Pozwolić na popełnianie błędów i samodzielne wyciąganie wniosków. Podążać i wspierać. Być. Jak ten przyczajony tygrys, ukryty smok 😉

Comments

comments

Jedna myśl na temat “przyczajony tygrys, ukryty smok

  1. Właśnie. Gdzie tu człowiek? TEN młody człowiek, który próbuje, stara się, ma swoje lepsze i gorsze dni, potrzeby, ograniczenia a mimo to idzie dalej? Mam tylko nadzieję, że niezależnie od szkoły i jej specyfiki nauczyciele mają głowy na karkach i myślą…w Końcu papier jest cierpliwy i wszystko przyjmie a człowiek jest człowiekiem! Ma uczucia!

Możliwość komentowania jest wyłączona.