pstryczek w nos

Czasami ją lekceważę. Nie jestem z tego dumna. Wprost przeciwnie. Ale na szczęście ona zawsze, prędzej czy później, pokazuje mi na co ją stać. A ja zostaję z tą rozdziawioną gębą. I dobrze mi tak. Dosłownie – dobrze mi. Uwielbiam takie chwile. Moje niedowierzanie, czy powątpiewanie dotyczy czasem tego co mówi, opowiada lub jej możliwości i zdolności. Tym razem poszło o to co zapowiadała, że zrobi.

Wczoraj wieczorem ogłosiła, że kolejnego dnia wstanie o godzinie 5 rano. Tak, akurat – pomyślałam sobie. Codziennie mam problem, aby o 7 rano wyciągnąć ją z łóżka. Nie dalej jak przedwczoraj rano, kiedy próbowałam ją dobudzić, oświadczyła mi z zamkniętymi oczami, że „jej królewska mość musi jeszcze spać”. Nie reagowałam więc wczoraj w żaden sposób na jej zapowiedzi o wstawaniu o świcie, chociaż powtórzyła je kilkakrotnie.

No i nie wiem jak, ale dzisiaj to zrobiła. 5:02 a ona w pełnym rynsztunku (czytaj: okulary na nosie, oczy okrągłe, uśmiech na twarzy) wparowuje do naszej sypialni:

– Mamo, już piąta! – szczebiocze.

– Super – mówię. O rany! – myślę. – A ja jestem taka śpiąca…

– Ja też jestem śpiący – rzuca spod kołdry mój mąż.

– Ja nie! Przecież jest 5:02. Mogę prosić herbatki, mamo?

Także piję właśnie już trzecią dzisiaj kawę i uśmiecham się do siebie. Lubię kiedy dostaję od niej takiego pstryczka w nos! I wcale nie dlatego, że mam pretekst, aby wypić większą ilość kawy, którą tak uwielbiam. Ale dlatego, że takie jej zaskakiwanie mnie daje mi gdzieś w głębi duszy nadzieję, że zaskoczy mnie również jej przyszłość i to jak ona sobie poradzi w dorosłym życiu. Każdy pstryczek to nowa nadzieja. Jak więc ich nie lubić?

Miłego dnia!

Comments

comments

Dodaj komentarz