plastry na duszę

Siła jest kobietą – mówią. Mówią też, a w zasadzie bardziej mówili mi na początku, masz chore dziecko, musisz być silna. Twarda, mocna, harda. I faktycznie z każdym dniem, wyzwaniem, problemem moja skóra robiła się twardsza, a ja odporniejsza. Wydawało mi się, że to dobrze – stale rosnąć w siłę, być coraz bardziej „ponad”. W pewnym momencie jednak zdałam sobie sprawę, że to niebezpiecznie jest się tak spinać. Można w efekcie stać się nie tylko wyjątkowo silną, ale równocześnie nieczułą, zimną, wyobcowaną i samotną kobietą.

Zaciskanie zębów i parcie do przodu oczywiście nie jest złe. Czasem jednak to za mało. Czasem to zawodzi. Nie działa. Stres, aby udźwignąć ten czy inny ciężar, wytrwać, nie załamać się, nie dać plamy bywa często po prostu silniejszy niż nasze samozaparcie. Nie dajemy rady. Przegrywamy. I wówczas pozostajemy z poczuciem własnej porażki czy beznadziejności. To inny, równie nieprzyjemny skutek przyjęcia siły i samokontroli za główny motor i czynnik sprawczy swojego działania i odnoszenia sukcesów.

To wcale nie siła jest najważniejsza i to nie jej mi potrzeba. Potrzeba mi wewnętrznego spokoju. Równowagi. Harmonii. Umiejętności wracania do tego stanu. Z niego wypływa moja energia do działania. On mnie uskrzydla i niesie. Nieraz pomaga nie tracić zimnej krwi. Dodaje odwagi, chęci do działania. Jest źródłem radości, pewności, poczucia spełnienia.

Dlatego ciągle szukam dróg do odzyskiwania spokoju. Mam oczy i uszy szeroko otwarte. Tropię go wszystkim moimi zmysłami. Każdy z nich odnajduje go w różnych źródłach. Czasem jest to zapach domowego ciasta innym razem woń świeżo skoszonej trawy lub kwitnącej lipy czy lawendy. Smak ciepłej, aromatycznej kawy, lodów waniliowych, szparagów pod beszamelową chmurką. Do stanu równowagi przywracają mnie czasem stare jazzowe szlagiery Franka Sinatry lub Louisa Armstronga. Podobnie śpiew ptaków, szum morza czy cisza pustego kościoła. Nic nie koi mnie bardziej jak bliskość tych, których kocham. Ich widok, głos, zapach i dotyk.

Te „rzeczy” wewnętrznie mnie równoważą. Dają moc, aby żyć w zgodzie ze sobą. Świadomość ich, poszukanie i poznanie, daje mi możliwość skorzystania z nich w trudnych chwilach. Mogę je tylko przywołać w głowie albo faktycznie ich doznać. Są one moim wentylem bezpieczeństwa, kołem ratunkowym, plastrem na duszę.

Życzę Tobie i sobie, abyśmy potrafili odnajdywać swój wewnętrzny spokój i mogli czerpać z niego pełnymi garściami tego, czego akurat nam w danej chwili w życiu potrzeba.

Comments

comments

Jedna myśl na temat “plastry na duszę

  1. Jakże prawdziwe , a zarazem bliskie mojej osobie są Pani spostrzeżenia .Spokój wewnętrzny i umiejętność doznawania radości z rzeczy małych w pewnym sensie banalnych nie jest nam dana jednak ot tak na zawołanie. Wydaje mi się ,że tym wentylem bezpieczeństwa dla wielu z nas mają szanse one się stać gdy już mamy za sobą te bardziej beztroskie lata życia, a zarazem przeszłyśmy już etap pogrubienia skóry bo życie od nas tego wymagało.Paradoksalnie to zły los czyni z nas bardziej wszechstronne ,lepiej umiejące sobie radzić w różnych sytuacjach. Z drugiej jednak strony nie byłoby to możliwe gdyby nie nasze rodziny dla których chce się żyć.I to chyba one są w moim przekonaniu są najlepszym plastrem na duszę.

Możliwość komentowania jest wyłączona.