dziurawe skarpetki

Pisałam już kiedyś o dziurawych gaciach. Sprawa była trudna, o niekompetentnym nauczycielu i dotyczyła mojej córki. Tym razem również chodzi o dziury, ale idzie o mojego syna i jego poczucie humoru, na pierwszy rzut oka, a chęć dzieci do współdziałania, w głębszym wymiarze.

Przygotowywałam się dziś rano do warsztatów. Z grubsza wszystko miałam gotowe. Zostały mi do załatwienia tylko dwie rzeczy. Zrobienie dziurek w materiałach dla uczestników i umieszczenie ich w segregatorach oraz upewnienie się, że zakładam całe skarpetki. Tak, tak. Bo widzicie warsztaty miały odbyć się w sali z wykładziną dywanową, na której na co dzień bawią się dzieci. Wobec tego uprzedziłam wcześniej osoby mające wziąć udział w zajęciach, aby przyniosły obuwie na zmianę lub zadbały o to, by założyć całe skarpetki. Któż z nas nie był w jakże niekomfortowej sytuacji i nie przeżywał katuszy spowodowanych właśnie jedną taką niezauważoną wcześniej dziurą w skarpecie czy rajstopie? Czy to w sali zabaw czy na przedszkolnych jasełkach? Życie 🙂

Niestety w mojej szafie nie było dziś ciemnych skarpetek. A jedyne pasujące jakie znalazłam, dziury co prawda nie miały, ale prześwity na pięcie wróżyły rychłe jej powstanie. Pomyślałam zatem, że pożyczę skarpetki od syna. Potrzebowałam czarnych, a u niego takich jest cała masa.

Syn mój był w swoim pokoju, pochłonięty jedną z ważnych i pilnych rzeczy – jak to rano. Bez zbędnych ceregieli zakomunikowałam mu więc:

– Słuchaj, potrzebuję jedne Twoje całe skarpetki i dziurkacz.

Bez zastanowienia dał mi skarpetki. Potem ruszył w kierunku biurka. Zatrzymał się. Spojrzał na mnie badawczo. Wolno otworzył szufladę, wyjął z niej dziurkacz i podając mi go zapytał:

– Mamo, wiem, że na pewno masz ważny powód, ale chciałbym wiedzieć po co chcesz mi robić dziurki w skarpetkach?

Uśmialiśmy się prawie do łez.

Mój syn nie miał pojęcia do czego mi są potrzebne jego skarpetki i dziurkacz. Mimo, że moja prośba wydała mu się dziwna, spełnił ją. Współpracował. Miał do mnie zaufanie.

Dalsza refleksja na temat współdziałania dzieci i rodziców przyszła do mnie później w ciągu dnia. Po raz kolejny byłam dziś świadkiem sytuacji, w której dzieci i dorośli w obliczu szkolnych trudności stoją po dwóch stronach barykady. Nauczyciele i rodzice kontra dziecko i „jego” kłopoty – brak chęci współpracy, nadpobudliwość, deficyt koncentracji… Dwa obozy, dwie prawdy, żadnego rozwiązania. A gdyby tak podzielić się inaczej? Dziecko, rodzice, nauczyciele po jednej stronie i trudności po drugiej? Jeden z problemów mamy z głowy od razu. Współpracę.

Dzieci chcą z nami, rodzicami, współpracować, współdziałać. Od urodzenia mają w sobie tę naturalną chęć i potrzebę. Nawet jeśli czasem nie rozumieją naszych działań, słów czy decyzji. One nam ufają. Nader często z nami współdziałają. Wołamy na obiad – przychodzą, prosimy o sól – podają, zbieramy się do wyjścia – wychodzą (i jak chcemy im dziurawić skarpetki to też nie protestują;). Są jednak odrębnymi ludźmi. Kompletnymi na dodatek. Mają swoje uczucia i potrzeby i to wcale nie mniejsze czy mniej intensywne od naszych. Jeśli zatem czegoś bardzo potrzebują, coś jest dla nich niezwykle ważne – starają się nam to zakomunikować. Czasem słowem, innym razem swoim zachowaniem. Nie są to „działa” wymierzone przeciwko nam, rodzicom, ale ku wyrażeniu siebie. Gdy mówią, że coś jest głupie lub bezsensu, albo upierają się, że gdzieś nie pójdą, czegoś nie zrobią to przeważnie dlatego, że chcą powiedzieć: „To jest dla mnie ważne/trudne, widzisz? Słyszysz? Pokaż, że mnie usłyszałeś. Staraj się zrozumieć.” Nie są w stanie wyrazić się w ten sposób. Pozostaje im liczyć na to, że to my, dorośli poszukamy głębiej i odszyfrujemy o co tak na prawdę chodzi w tych przykrych i niechcianych słowach czy czynach.

Zdarza się, że jako dorośli nie tylko nie słyszymy dzieci, ale wręcz zaprzeczamy temu co mówią nam o sobie, o swoich uczuciach. „Nie płacz, przecież nic się nie stało!” „Nie ma się czego bać, to nic strasznego.” Powodowani lękiem lub nieumiejętnością radzenia sobie z przykrymi uczuciami wolimy bagatelizować, umniejszać, negować trudne uczucia swoich dzieci. Nas też nikt „nie oszczędzał”. Twardym trzeba było być, nie „miętkim”. Żadnym „beksą”, „mazgajem” czy „dupą wołową”, ale „grzecznym chłopcem” lub „ładną dziewczynką”.

I pewnie dlatego teraz sztywniejemy na samą myśl o tym, że wszędzie człowiekowi mówią, iż emocje warto nazywać, przeżywać i okazywać. Uczucia to nie przejaw słabości. To jest oznaka tego, że żyjemy. Warto się z nimi zaprzyjaźnić. Poznać je. Załatać te emocjonalne dziury z własnego dzieciństwa i czerpać z żywej, autentycznej relacji ze swoim dzieckiem.

Comments

comments