zawsze znajdę jakieś „ale”!

Dziś o moim „ukochanym” spójniku. Jeśli można żywić jakiekolwiek uczucia względem spójników to właśnie tego jednego szczerze nienawidzę. Mowa o „ale”. Przekreśla wszystko to, co zostało powiedziane wcześniej. A na początku zdania przekreśla nawet to co wypowiedziane jeszcze nie zostało:

 – Ale o co Ci chodzi?

– Nieważne. O nic!

Pomimo mojej nieskrywanej niechęci do wspomnianego spójnika, ja w życiu zawsze znajduję jakieś „ale”. A w zasadzie nie jakieś, tylko to najważniejsze dla mnie „ale”. Takie „ale”, bez którego nie wyobrażam sobie swojego funkcjonowania.

Wczoraj rano w skrzynce znalazłam pozdrowienia z Urzędu Skarbowego. Nie ma to jak zacząć dzień od lektury pisma urzędowego. Zastanawiałam się czy w ogóle otwierać kopertę. W końcu są Mikołajki a to nie był mój wymarzony prezent. Ostatecznie zdecydowałam się zapoznać z treścią pisma. Okazało się, że to kolejna „groźba”, ponadto ostateczna. Jeśli jeszcze raz uchybię obowiązkom i nie złożę druku XYZ w terminie, to zastosują wobec mnie sankcje mandatowe, karne, skarbowe, bla, bla bla. Jak ja nie lubię tej biurokracji. Zaraz podnosi mi się ciśnienie.

…Ale, ale…

Przynajmniej porannej kawy pić już mi nie trzeba. Poranne pobudzenie i szybsze krążenie dzisiaj na koszt administracji państwowej.

Dzień wcześniej zjawiłam się u mojego fryzjera na umówioną wizytę. Jak się okazało o cały dzień za wcześnie. Pomyliłyśmy coś z terminami. A tak mi wszystko pasowało! Dzieci akurat w szkole, obiad został z poprzedniego dnia. Nawet miejsce parkingowe znalazłam blisko gabinetu, a to nie lada gratka. I co? To nie ten dzień! I na jutro znowu będę musiała sobie wszystko jakoś specjalnie organizować. Dodatkowo Amelia musiałaby pójść do świetlicy, powiedzmy na kwadrans. Kurcze, ona tak bardzo boi się pobytu w świetlicy!…

…Ale, ale…

Zapytałam ją co myśli o tym, aby spróbować spędzić 15 minut w  świetlicy. Zdecydowała, że chce. Nadarzyła się okazja do tego, aby stawiła czoła swojemu lękowi i z owej próby wyszła zwycięsko! Kiedy ją odbierałam ze świetlicy, wyszła dumna z siebie i uśmiechnięta. A ja spod cudownych rąk Pani Kasi wyszłam młodsza o jakieś dwadzieścia lat – i nie tyle z powodu cięcia, bo tym razem było ono kosmetyczne – ale w związku z atmosferą, która towarzyszy zawsze naszym spotkaniom. Tym razem słuchałyśmy przebojów zespołu IRA. Od razu wróciły szalone wspomnienia z liceum.

No i tak już właśnie mam. Zawsze znajdę jakieś „ale”. Takie, co to nie tylko mi rozjaśnia, że to co się zdarzyło nie po mojej myśli, to się nie odstanie. Moje „ale” pojawia się przede wszystkim dlatego, że szukam czegoś ważnego, cennego, co stało się możliwe właśnie dzięki temu, że najpierw coś poszło nie tak.

Nie zatrzymuję się na tym, co złe, niewygodne, trudne. Wiem, że nie wydarzyło się to dlatego, że na to sobie zasłużyłam lub, że mi zawsze tylko wiatr w oczy. Że nigdy nic dobrego mnie nie spotyka. Że to normalne, że mi tylko życie kłody pod nogi na każdym kroku rzuca. Że jestem żałosna i nieudolna, itd. To byłby tylko mój, jakże smutny, film.

Spoglądam do swojego wnętrza, ale inaczej. Nie oceniam siebie, ale sonduję. Co wywołało moją irytację, niezadowolenie, lęk lub obawę? Czego nie udało mi się zyskać dla siebie? Spokoju, poczucia bezpieczeństwa, harmonii? Kiedy znajdę odpowiedź na te pytania, to na tym nie poprzestaję (i tu pojawia się to moje najważniejsze „ale”), ALE poszukuję choćby najmniejszego przyjemnego uczucia. Chwytam się go kurczowo. Rozpoznaję, co to dokładnie jest i dzięki czemu powstało. Ulga, zaciekawienie, nadzieja? Bo np. coś mimo tego , że było trudne to było do tego jeszcze szczere czy autentyczne, lub dało mi inspirację albo szansę na rozwój? Może dało mi cel, poszerzyło moją świadomość?

Brzmi skomplikowanie, ekscentrycznie i dziwacznie?

Nie oceniaj, spróbuj!

Poszukaj w przykrej czy trudnej dla Ciebie sytuacji swojego ALE!

Bo oczywiście można się frustrować, zżymać i fochować ALE nie trzeba 🙂

Comments

comments