koktajl mołotowa

Noszę w sobie taką uczuciową wersję łatwopalnej mieszanki – koktajlu Mołotowa. Z definicji w wikipedii jest on dodatkowo „prymitywny” i „niebezpieczny dla miotającego”.

Mam w sobie niewypowiedziany żal, tęsknotę za „normalnością” (czytaj: zdrowym dzieckiem), smutek, bezradność, samotność, ból… i jednocześnie przepełnia mnie wdzięczność, poczucie sensu i misji, spełnienie, pełna zgoda, ufność, miłość.

Podobnie jak wtedy, gdy moja córka jako roczne dziecko, była zupełnie inna niż jej zdrowi rówieśnicy, a ja miotałam się nie znając przyczyny. Po usłyszeniu diagnozy wcale nie było lepiej. Poodcinałam się od znajomych ze zdrowymi dziećmi. Każde takie spotkanie stymulowało mój łatwopalny koktajl uczuciowy. Nigdy nie wybuchałam, ale mieszanka silnie wstrząsała moim ciałem i wylewała się niekończącymi strumieniami łez, cierpliwie wchłanianymi nocami przez poduszkę.

Kiedy opłakałam swoją stratę i niemoc przyszedł okres względnego panowania nad wewnętrznym Mołotowem. Do czasu jednak…

Od jakiegoś roku coraz częściej doskwiera mi w środku cała gama tych intensywnych i skrajnych uczuć i zdarzają się chwile, kiedy zaczyna mi się to wszystko wylewać na zewnątrz.

Przez większość czasu czuję ogromną wdzięczność za to, że na co dzień odbieram prawdziwe lekcje życia. Każde spojrzenie mojej córki, jej uśmiech, gest i słowo sprawiają, że jestem świadkiem prawdy i miłości. Dzięki przebywaniu z nią i doświadczaniu na co dzień jej rozbrajającej szczerości, otwartości i prostoty, ja sama jestem innym człowiekiem. Jestem matką niepełnosprawnego, a co za tym idzie wyjątkowego, dziecka. To właśnie pokazuje mi, jaki jest sens ludzkiego istnienia. Dla mnie jest nim przyczynianie się do dobra innych ludzi, wzbogacanie ich życia – dokładnie tak, jak moja córka robi to każdego dnia względem mnie samej i każdego, kto się na nią otwiera. To ona swoją radością, autentycznością, empatią czyni świat lepszym miejscem. Bez zastanawiania, zadęcia czy udawania. Dla niej życie jest proste, choć dla mnie wcale łatwe nie jest.

Widząc młodą kobietę, z krwi i kości, fizycznie dojrzałą, jaką w tej chwili ona się staje, wzywającą na pomoc w trudnych dla siebie momentach „Psi Patrol”, przepełnia mnie smutek, lęk, bezradność i żal. Chciałabym mieć pewność, że sobie w życiu poradzi, że będzie bezpieczna, że zawsze będzie w pobliżu ktoś, kto ją ochroni, wesprze, zaopiekuje się nią niczym te ukochane przez nią, animowane pieski, ale przecież życie to nie bajka.

Słysząc po raz kolejny w ciągu dnia wypowiadane przez moją córkę słowo: „mamo” bez ciągu dalszego i widząc towarzyszące mu nieobecne spojrzenie lub obserwując jak czasem siedzi sama, bujając się, trzepocząc rękoma, z tym lekkim uśmiechem na twarzy, rozmawiając sama ze sobą, czuję zmęczenie, żałość i tęsknotę. Staram się być przy niej, wyrywać ją z tego jej świata ku rzeczywistości, ale czasem mam dość – jestem zmęczona. Zwyczajnie czuję złość, bo myślę sobie, że to niesprawiedliwe, że ona jest inna, ograniczona przez ten cholerny ubytek w genie. A kiedy zajrzę głębiej, odrzucę myślenie, zalewa mnie ogromna fala bezradności i żalu. Nie zaszyję tego deficytu w genach, nie zalepię plastrem. Tęsknię też za własną niezależnością, swobodą, lekkością. Za tym, aby marzyć, być beztroskim, odpowiedzialnym wyłącznie za siebie człowiekiem. I za tym, aby za owe pragnienia samej siebie nie wpędzać w poczucie winy.

Po co o tym piszę? Bo jak wspomniałam wyżej, mój koktajl Mołotowa, czyli cała ta mieszanka skrajnych emocji, zwyczajnie zaczyna wydostawać się na zewnątrz, a zauważyłam, że „obdarowywani” nią ludzie nie bardzo wiedzą jak na nią reagować. Nie bójcie się, moi drodzy! Według wikipedii podobno ów pocisk najbardziej niebezpieczny jest dla miotającego. I ja to potwierdzam. Zdarzyło mi się już kilka razy w ciągu minionego roku nie opanować go i odpalić przy ludziach, np. w postaci łez żalu, przygnębienia czy bezradności. W odpowiedzi dostawałam czasem słowa pocieszenia, a czasem uznania. Zdarzały się również wyrazy dezaprobaty oraz polecenia, aby wziąć się w garść. Wszystko to sprawiało, że odczuwałam jeszcze większą frustrację i ból. Dodatkowo zwyczajnie było mi wstyd, że dopuściłam się takiego obnażenia własnego wnętrza stawiając ludzi wokół w niekomfortowej sytuacji. Otóż, kochani, jeśli zdarzy się, że równie niestabilna emocjonalnie matka niepełnosprawnego dziecka jak ja, wybuchnie przy Was, proszę Was, ograniczcie swoje reakcje do minimum. My nie radzimy sobie ze swoimi reakcjami w tej sytuacji, a udźwignięcie do tego jeszcze Waszych, może być ponad nasze siły.

Chwyćcie nas za rękę. Popatrzcie w oczy. Przytulcie dyskretnie. Nie mówcie nic.

Każdy gest ważniejszy jest niż tysiąc słów.

Nawet jeden najmniejszy pomoże rozbroić na jakiś czas naszego Mołotowa.

Comments

comments

2 myśli na temat “koktajl mołotowa

  1. Wiem doskonale o czym piszesz. Trudne momenty dopadaja mnie w najróżniejszych sytuacjach. Kiedy Kapi był młodszy było mi jakoś lżej, teraz u bram dojrzałości jest gorzej i trudniej . Pytania i niewiadoma o przyszłość męczy każdego dnia w wolnej chwili . Dobrze w sumie ,że tych wolnych chwil tak mało . Pozdrawiam.

    1. Tak Monia, również mam wrażenie, że tak jakoś było lżej kiedy Amelka była młodsza. Z czasem każdy człowiek czuje zmęczenie. Rodzice zdrowych dzieci mają jednak tę świadomość, że za moment wypuszczą swoje dzieci w świat i będą mogli spokojnie odpoczywać, a później spoczywać. Nasz spokój w tym względzie jest wątpliwy…

Możliwość komentowania jest wyłączona.