normalnie czyli jak?

Ogarnia mnie czasem, całkiem znienacka, coś jakby przygnębienie. Łapię dół. Odczuwam żal i jakąś dziwną tęsknotę. Zaczęłam się zastanawiać o co mi chodzi, skąd to się bierze, do czego tak mi tęskno?

No i wydumałam. Mam czasami przemożną potrzebę normalności. Tęsknię, żeby było normalnie. Normalnie, czyli jak? No na przykład, żeby moja córka była normalna, czyli taka jak inne dzieci, czyli zdrowa.  Wolna od problemów ze wzrokiem, układem krążenia, tarczycą itd., ale również wolna od wielu przeróżnych ograniczeń uniemożliwiających jej samodzielne funkcjonowanie. Chcę się wściekać na nią, że zawsze jest mądrzejsza, że wie lepiej, że koleżanki są ważniejsze, że nie da sobie przepowiedzieć. Chcę czuć tę bezradność, którą przepowiadali moi rodzice, że przecież ja w jej wieku, ku ich ówczesnej bezsilności, robiłam dokładnie to samo co ona teraz robi. Chcę martwić się i niepokoić czy na pewno jest tam, gdzie mówiła, że będzie i czy wróci o umówionej porze. Takiej normalności właśnie chcę. Zwyczajnej.

Jednak zdaje się, że ci wszyscy, którzy takiej właśnie, mojej wymarzonej, normalności doświadczają, również za normalnością tęsknią. Tyle, że za swoją własną, indywidualną. Bo właśnie tak to jest, że każdy ma swoją definicję tego normalnego, idealnego stanu rzeczy. Tej perfekcyjnej rzeczywistości, w której to w końcu, mógłby być szczęśliwy. Kiedy to wszystko byłoby takie, jakie być powinno. Idealne. Mąż, dzieci, dom, praca, samochód, znajomi. Relacje, związki, zdrowie, finanse. Dla każdego dokładnie takie, jakich oczekuje. Szyte na miarę. Dopasowane. Takie, że „mucha nie siada”.

Pytanie tylko, czy to faktycznie jest definicja „normalności”? I czy rzeczywiście taka „normalność” dałaby nam szczęście?

Zacznę od odpowiedzi na drugie pytanie. Myślę sobie, że człowiek skonstruowany jest tak, że zawsze chciałby więcej, lepiej, inaczej. Że z natury jesteśmy raczej takim „workiem bez dna” niż „zapchaj dziurą”. W myśl powiedzenia, że apetyt rośnie w miarę jedzenia lub że zawsze może być lepiej, ciągle będziemy za czymś gonić:  za szczęściem, spełnieniem czy zwyczajnie za rozwojem. To w końcu właśnie dzięki temu naturalnemu pędowi do rozwoju człowiek ciągle jeszcze istnieje na ziemi i nieźle sobie radzi. Wobec tego, jeśli szczęście to miałby być jakiś docelowy, trwały stan, który można osiągnąć poprzez konkretne posiadanie, zdobycie lub zaliczenie czegoś, to raczej osiągnięcie go wydaje się mało realne.

Co zaś do obiektu naszych dążeń i tęsknot, to myślę sobie, że to jest „normalność”, tyle że innych ludzi. To coś, czego doświadcza ktoś, tuż obok nas, i czego sami byśmy chcieli, a czego z różnych względów, mieć nie możemy lub nie potrafimy sobie zapewnić. „Normalność” innych, ale nie nasza. Dla nas są to raczej wyobrażenia, pragnienia, oczekiwania. Nasz stan idealny, do którego tęsknimy i  wierzymy, że dałby nam spełnienie, spokój i szczęście. Warto sobie to wyklarować i głośno nazwać po imieniu. Dla nas są to mrzonki, marzenia, życzenia. To do tego wzdychamy, za tym tęsknimy, tego czasem potrzebujemy. Żeby było inaczej. Najczęściej lekko, łatwo i przyjemnie.

Z kolei nasza „normalność” to nasz stan zwykły, normalny, codzienny. To jest to, co przynosi nam każdy dzień. Coś w czym jesteśmy, czego doświadczamy, z czym się mierzymy. To wszystkie te prozaiczne, codzienne czynności jak i te wielkie wyzwania, wysiłki i trudności. To nasze smutki, żale, przykrości oraz sukcesy, wzruszenia i radości. Wszystko co mnie spotyka, co mi się przytrafia składa się na moją „normalność”. To proza mojego życia. Ona i ja to jedno.

„Normalność” swoją zatem mam, zawsze i wszędzie. Bywa różna, zmienna, czasem łaskawa innym razem bardziej kapryśna.  I w tej właśnie „normalności” zdaje się kryć recepta na szczęście. Recepta najprostsza z możliwych:  otwartość na to co przynosi mi życie, świadome bycie w każdej sytuacji,  akceptacja tego kim jestem i wdzięczność za każdą chwilę. Bo celem życia wcale nie jest bycie szczęśliwym lecz wy-śmianie wszystkich radości i wy-płakanie wszystkich smutków. Doświadczenie wszystkiego co życie mi przynosi, tej „normalności” właśnie – bo jest to moja osobista, jedyna jaką mam i mieć będę.

I pewnie, że czasami pojawi się to przygnębienie, o którym pisałam na początku. Ta tęsknota za tym, żeby było inaczej (łatwiej, prościej). Czasem być może nawet zazdrość. I co wtedy?

Mnie pomaga kilka kwestii. Pierwsza to świadomość, że nic nie trwa wiecznie. Dziś trawi mnie tęsknota, jutro euforia, pojutrze zgryzota – uczucia/stany/sytuacje zmieniają się jak w kalejdoskopie. Druga rzecz to doświadczenie, które mówi mi, że pod tą tęsknotą najczęściej kryje się u mnie coś jeszcze. Przeważnie zmęczenie i potrzeba wsparcia lub zmiany. Wówczas działam tak, aby zająć się tymi potrzebami. I trzecia sprawa to znalezienie właściwego punktu odniesienia. Porównywanie swojej sytuacji, osiągnięć, stanu posiadania z siostrą, koleżanką czy sąsiadką – to najlepszy sposób na unieszczęśliwienie samego siebie. Jedyne porównanie, które może nam służyć, to porównanie z samym sobą. Kim byłem, kim jestem, kim chcę być. Bo w tym względzie wszystko jest w naszych rękach. Wtedy owa tęsknota magicznie może stać się tym, co nas napędza do tego, aby działać, zmieniać i żyć normalnie.

Normalnie, czyli jak?

Czyli dla każdego po swojemu.

Comments

comments

Jedna myśl na temat “normalnie czyli jak?

  1. Zawsze z wielkim zainteresowaniem czytam Pani artykuły bo waśnie one mocno tkwią w codzienności i przedstawiają ją w normalny sposób.Dzięki nim ,każdy,przeszczęśliwy jak i pogrążony w smutku ma szansę na refleksję nad własnym życiem i swoim postępowaniem Swoją drogą zastanawiam się jak taka młoda osoba jak Pani może mieć tak dojrzałe spostrzeżenia.Wydaje mi się ,że wiem to zasługa tej normalności którą Pani zaakceptowała i wręcz pokochała .Pani rodzina jest wspaniała ,radosna godna do naśladowania .To wielki atut wręcz niezbędny ,aby pogodzić się z normalnością Pozdrawiam i życzę dzieciakom i Państwu miłej końcówki wakacji .

Możliwość komentowania jest wyłączona.