jeśli nie szkoła, to co?

Naładowana sporą dawką wiedzy i inspiracji, optymizmem i nadzieją dzięki uczestnictwu w miniony weekend, w III Ogólnopolskiej Konferencji Naukowo Szkoleniowej „Inny nie gorszy”, otworzyłam dziś oczy, wstałam z łóżka, wyszłam z domu, zawiozłam dziecko do szkoły i resztę pamiętam już jak przez mgłę…

 

Zderzyłam się z rzeczywistością, upadłam na ziemię i leżę sobie, bo nie mam siły wstać…

 

Nienawidzę systemu, milczenia, pomijania, braku współpracy.

Nienawidzę „pożal się boże” pomysłów, półśrodków, braku wyobraźni.

Nienawidzę braku zrozumienia, szacunku i empatii.

Nienawidzę szkoły.

 

Leżę sobie taka bezradna, bezsilna, zapłakana…

 

Potrzebuję bezpieczeństwa, kontaktu, wsparcia i współpracy.

Potrzebuję kreatywności, wyczucia, troski.

Potrzebuję zrozumienia, otwartości, zaufania.

Potrzebuję miejsca, w którym dostrzeże się mnie i moje dziecko, zaakceptuje się nas i otoczy wsparciem i empatią.

 

Nie chcę pisać o trudności, z którą borykamy się obecnie w szkole. Jest to sprawa intymna i krępująca dla nas, czyli delikatna i śmierdząca. Fakt jest taki, że kroki, jakie zostały w szkole podjęte wobec mojego dziecka, nie były ze mną konsultowane. A szkoda… Znam swoje dziecko jak nikt inny na tym świecie. Moja perspektywa dzięki temu bywa cenna i może sporo wnieść.

 

Ufam, że intencją wprowadzonego rozwiązania było zatroszczenie się o wszystkich: upewnienie się, że wina nie leży po stronie szkoły, uchronienie nauczycieli i uczniów przed przykrymi konsekwencjami postępowania mojego dziecka, wreszcie – wsparcie mojego dziecka (jego dodatkowa stygmatyzacja, będąca efektem wdrożonych działań, to tylko „niewinny” skutek uboczny).

 

Nie zrozumcie mnie źle – szkoła mojej córki, jest w większości tworzona przez dobrych specjalistów i ludzi z pasją – i cieszę się, że Amelia do niej trafiła. Jednocześnie, nawet w takim miejscu, zdarzają się sytuacje, kiedy rodzic ma dość. Kiedy boleśnie odczuwa, że w tym całym systemie, nie ma miejsca dla takich jak my. Kiedy widzi, że są chęci i dobra wola, ale brak jest systemowych rozwiązań, brak ludzi i pieniędzy. Kiedy przyprowadzając dziecko z wyzwaniem, ma stale poczucie, że przysparza problemów i albo unika spojrzeń, albo stale odczuwa konieczność, aby przepraszać, że takie mu się trudne dziecko urodziło.

 

Leżę więc w tej bezradności, bezsilności, ze świadomością, jakie są nasze potrzeby, moje i mojego dziecka. I zastanawiam się, czy w ogóle możliwe jest, aby zostały one zaspokojone w jakiejkolwiek państwowej szkole.

 

Na wdechu i z podziwem słuchałam w niedzielę, na wspomnianej we wstępie konferencji, prelekcji Agnieszki Kossowskiej, która opowiadała o FREE Opole – quasi szkole, jak sama określa miejsce, które wspólnie z rodzicami innych dzieci z Opola, stworzyła. Fundacja Rozwoju Edukacji Empatycznej to przestrzeń, w której najważniejszy jest dobrostan dziecka. Miejsce otwarte i podążające za dzieckiem. Tutaj dzieci uczą się, bawią i rozwijają. Jest to miejsce, w którym codziennie z dziećmi, będącymi formalnie w edukacji domowej, pracują nauczyciele, terapeuci i rodzice. Do FREE uczęszczają dzieci pełnosprawne, wyjątkowo uzdolnione, niepełnosprawne i ze specjalnymi potrzebami edukacyjnymi.

 

I po dzisiejszym obrazku, który widziałam w szkole, z moim dzieckiem w roli głównej, a który to obraz powalił mnie na deski, leżę i myślę.

 

Czy naprawdę nie ma innego wyjścia jak tylko to, w którym samemu trzeba stworzyć miejsce, które weźmie pod uwagę nasze potrzeby?

 

Obawiam się, że mi nie wystarczyłoby sił… Wobec braku zachęcających opcji i możliwości, zawiłości systemu, „kwadrylialda” trudności, o których opowiadała w niedzielę Agnieszka.

 

Tym większe moje wyrazy uznania, szacunek i życzliwe myśli w kierunku FREE Opole i wszystkich innych podobnych miejsc i ich twórców.

Comments

comments