sezon na brzoskwinie

Brzoskwinia. Jędrna, soczysta, ani miękka, ani twarda – taka w sam raz. Otulona miłą skórką, pod którą znajduje się całkiem sporo konkretnego miąższu. Bywa on słodki, kwaskowy, mniej lub bardziej różowy – różny. W samym środku ma mocną pestkę.

Tak. Zdecydowanie od kokosów wolę brzoskwinie.

Nie zgrywa twardej, ani nie rozpada się przy dotknięciu. Jest jaka jest. Pozwala sobie czuć to, co czuje. Od tego ma swoją skórę, aby przeżywać to, co ją spotyka. Nie da się życia doświadczyć inaczej niż na własnej skórze. Brzoskwinia zatem zna cały wachlarz uczuć i potrafi je nie tylko nazywać, ale też przeżywać. Jest autentyczna. Wie, że nie ma złych emocji i że na każdą z nich jest miejsce w życiu. Z kolei twarda pestka w środku to świadomość potrzeb i wartości. Drogowskazów pozwalających na życie w zgodzie ze sobą oraz z uwzględnieniem innych ludzi.

Jaki jest przepis na brzoskwinię?

Wcale nie trzeba się nią urodzić. Choć dla mnie podobieństwo różowiutkiego, delikatnego, pachnącego niemowlaka do brzoskwini jest oczywiste i zdaje mi się, że tacy właśnie przychodzimy na świat: prawdziwi – skłonni do wyrażania wszystkich swoich emocji, wsłuchani w swoje potrzeby i podążający za nimi. Niestety świat, w którym obecnie żyjemy, już od tysięcy lat zresztą, dużo bardziej od życia w zgodzie ze sobą ceni konwenanse, władzę, ślepe posłuszeństwo czy wygodę. Według nich żyje i według takich kryteriów podchodzi do wychowania swojego, niczym nieskalanego, potomstwa.

Powrót do swojej „brzoskwiniowej” natury warto zacząć od uświadomienia sobie jednej zasadniczej kwestii. Nie wszystko to, co sobie myślę jest prawdą. Najczęściej w naszej głowie pojawiają się interpretacje tego, co widzimy czy słyszymy, a nie fakty. Spostrzeganie przy jednoczesnym powstrzymywaniu się od ocen stanowi najwyższą formę inteligencji. Większości z nas trudno dokonywać obserwacji pozbawionej jakiejkolwiek analizy, osądu czy krytyki. Pojawiające się w głowie myśli pełne są naszych przekonań co do tego, jaki ktoś powinien być, co powinien robić. Odnosimy to zarówno do innych ludzi jak i do nas samych. A gdyby tak zamiast osądzania, wyrokowania, krytykowania przyjrzeć się faktom. Gdyby zamiast kręcenia sobie filmów, doszukiwania się motywów, drugiego dna, ukrytego znaczenia skupić swoją uwagę na tym, że są to tylko moje myśli. A one nie muszą być wcale prawdą. Chyba, że moją prawdą. Wówczas, w myśl powiedzenia, może okazać się, że to nic więcej niż tylko „gówno prawda”.

Ponadto moje myśli i ja to nie to samo. Jestem czymś więcej niż swoimi myślami. Mój umysł to tylko część mnie. Mam jeszcze ciało, uczucia, duszę. Jestem sobą, a nie swoimi myślami. Jestem sobą i miewam różne myśli. Jestem sobą nawet wtedy, kiedy nie mam akurat żadnej myśli. Warto mieć myśli i jednocześnie nie warto im zawsze ufać. Dobrze jest im się przyglądać. Sprawdzać.

A zatem czemu można ufać? Co jest prawdziwe?

Uczucia. One zawsze są prawdziwe. W danej chwili czujesz się tak, a nie inaczej. Być może czasem trudno Ci nazwać to, co czujesz. Pomimo tego Twoje ciało przeżywa konkretną emocję. Kiedy się złościsz, zaciskasz zęby lub pięści. Spinasz całe ciało. Zalewa Cię fala gorąca. Gdy odczuwasz ulgę, zaczynasz głębiej oddychać, rozluźnia się Twoja klatka piersiowa i twarz, opadają ramiona, być może odchylasz głowę do tyłu. Stres ściska Twoje gardło lub żołądek, odczuwasz suchość w ustach, masz zimne dłonie, napinasz mięśnie. Ciało daje nam wyraźne sygnały o tym, jak się mamy w danej chwili. Nie jest w stanie nas oszukać. Wystarczy go uważnie „słuchać”.

Po co?

Bo uczucia niosą informację o tym, jak się mamy w danej chwili. Co jest dla nas ważne. Odczuwając nieprzyjemne uczucia możemy zastanowić się czego nam brakuje, za czym tęsknimy, czego potrzebujemy. Świadomość tych wartości, tęsknot, potrzeb pozwala nam na zaopiekowanie się sobą. Daje nam szansę na znalezienie prawdziwej przyczyny naszej złości, frustracji, smutku, wstydu czy lęku. Pokazuje obszar, w którym warto podjąć działania, aby odnaleźć spokój i równowagę.

Jak to robić?

O tym za tydzień.

Sezon na brzoskwinie już za chwilę.

Dosłownie i w przenośni 🙂

Comments

comments