ogrzej się

Zimno, szaro, buro. Nosa nie chce się wyściubić z domu. Chciałam dziś podjechać na działkę zerwać zieloną pietruszkę. Jej zapach automatycznie przenosi mnie do niedzielnych obiadów, w samo południe, w moim rodzinnym domu. Niesiona zatem wspomnieniem gorącego rosołu, założyłam podwójne skarpetki, starannie owinęłam szal na szyi, nasunęłam czapkę na uszy i wyszłam z domu.

Jadąc rowerem starałam się trzymać jak największą część twarzy wtuloną w szal, aby nie dać się wysmagać chłodnemu wiatrowi. Dojeżdżając na ogródki działkowe byłam w całkiem dobrej formie. Gruntowne i szczelne opakowanie się połączone z pedałowaniem nie dało mi zziębnąć. Kiedy przejeżdżałam obok ogródka moich rodziców, tata stał na ganku. Zatrzymałam się, zaparkowałam swojego rumaka przy płocie i weszłam przez furtkę, aby się przywitać.

Tata, który codziennie przyjeżdża tu do swojej kurzej ekipy, właśnie skończył oprzątać. Ma już osiemdziesiąt lat. Działka to jego oaza. Spędza tu przedpołudnia, żyjąc w swoim tempie, na swoich zasadach. Skromie, prosto, zwyczajnie.
– Dzień dobry! – zawołałam.
– Dzień dobry – odpowiedział. – Chcesz się ogrzać? Zrobiłem ogień w piecu.
– Cudnie!

I choć wcale nie było mi zimno weszłam za nim do altany. Oj tak, bardzo chciałam się ogrzać. Ale piec nie miał tu nic do rzeczy. Chciałam chłonąć ciepło, które biło od niego.

 

Comments

comments