po świętach

Święta minęły.
Całe szczęście nieśpiesznie.
W tym roku już od początku grudnia pilnowałam tempa.

Znalazłam czas na wszystko to, co chciałam. Nie na to, co trzeba i powinno się lecz na to co dla mnie ważne. I może nie mam porządku w każdej szufladzie i prawdopodobnie znajdzie się jakaś pajęczyna za kanapą. Nie upiekłam też trzech placków ani ostatecznie nie zrobiłam krokietów. Barszcz natomiast był z butelki, a kompot nie z suszu, a ze słoika, i to z nie mojej piwnicy. Ważne były dla mnie inne rzeczy. Wybrałam zrobić wszystko to, co budziło w nas dobre skojarzenia i ciepłe wspomnienia. Skład osobowy, jak na święta, był raczej niespodziewany i jednocześnie doskonale dopasowany. Jak całe Święta.

Lubię, kiedy Święta są do mnie dopasowane. Czyli kiedy to one są dla mnie, a nie ja dla nich.
Bo Święta są dla nas i są po coś (i zdecydowanie nie chodzi mi o wysprzątanie mieszkania czy kulinarne wyzwania).

Wyobrażam je sobie jako siadanie przy ognisku. Nikt się nigdzie nie śpieszy, i nie ma nic ważniejszego do roboty. Przychodzi taki jaki jest, z tym co ma. Ognisko jest po to, żeby przy nim usiąść i odpocząć. Ogrzać się ciepłem płonących szczap drzewa i tym, które emanuje z uśmiechów innych, siedzących w pobliżu ludzi. Dzięki tańczącym, hipnotyzującym płomieniom można poczuć obecność tych, którzy już odeszli. Jest się częścią czegoś niezmierzonego, nieodgadnionego, łączącego wszystko ze sobą. Czerpie się nadzieję i moc. Zyskuje wiarę w siebie i innych ludzi.

A potem, takim rozgrzanym, pełnym wrażeń wraca się do codzienności.
Tylko od nas zależy co zrobimy z tym ciepłem.

Możemy o nim zapomnieć.
Traktować jak miłe wspomnienie.

Możemy jednak z niego regularnie czerpać
i ogrzewać nim rzeczywistość.
Swoją i innych.

 

 

Comments

comments